Ależ ze mnie idiotka!

Tym pytaniem kończyłam każdy dzień wiercąc mamie dziurę w brzuchu. Nie lubiłam przedszkola. Wprawdzie nie pamiętam już dlaczego, ale dokładnie pamiętam, że każdego dnia tuż przed zaśnięciem zadawałam to najważniejsze wtedy dla mnie pytanie: „Mamo, czy mogę jutro nie iść do przedszkola?”.

A mama za każdym razem odpowiadała: „Kładź się spać. Już późno. Porozmawiamy o tym rano”. Tyle, że rano ani czasu ani miejsca na jakąkolwiek rozmowę nie było. Poranny pośpiech stawiał nas wszystkich do pionu. Pobudka. Toaleta. Śniadanie. Czesanie. To był jedyny element porannej rutyny, który naprawdę lubiłam. Miałam wtedy długie włosy. Bardzo długie. Aż do pasa. Codzienne rano w trakcie śniadania mama zaplatała mi piękne warkocze i wiązała na nich białe wstążki w czarne grochy. Pamiętam je do dziś. Ledwie co wyprasowane otulały mnie ciepłem, którego w tych nerwowych porankach często mi brakowało.

Uparta byłam w zadaniu pytań. Wytrwała do bólu i cholernie konsekwentna. Wieczór w wieczór na kilka sekund przez zaśnięciem szepcząc mamie do ucha pytałam: „Czy mogę jutro nie iść do przedszkola”. A później kurczowo trzymałam się nadziei, która mieszkała w słowach: „Porozmawiamy o tym rano”. I zasypiałam w okamgnieniu by rano jak najszybciej mogło przyjść i obudzić mnie słowem, na które tak bardzo czekałam.

Trochę zajęło mi czasu zanim zorientowałam się, że w ten zawoalowany sposób mama mówi mi NIE. A mimo tego z uporem maniaka co wieczór pytałam ją o to samo. I chociaż moje wrażliwe serce wyraźnie dawało mi znać, że jej słowa zdradliwe są jak pierwsze jaskółki co wiosny nie czynią, ja im wierzyłam chociaż rozczarowywały mnie każdego dnia. Bo jakaś część mnie nie mogła wtedy pojąć – albo tego nie potrafiłam, albo po prostu nie chciałam zrozumieć – że mama nie jest ze mną szczera. W mojej małej dziecięcej główce tak mocno rozgościło się zaufanie do niej, że każde wypowiedziane słowo łykałam jak komunię świętą, która przyjemnie przykleja się do języka.

I żeby była jasność. Nie mam dziś o to żalu do mojej mamy. Piszę o tym dlatego, że zaniosłam ten schemat ignorowania tego co czuję w dorosłe życie. W przyjaźnie, w miłości, w relacje zawodowe. Wszędzie tam gdzie znajdował się ktoś, komu bezgranicznie ufałam. Długimi latami z dziecięcą naiwnością spijałam słowa z cudzych ust biorąc je za dobrą monetę. Mimo, iż moje czujne jak pies serce podpowiadało mi, że coś jest nie tak, ja niezmiennie wierzyłam w każde usłyszane słowo. Jeśli wam też zdarzyło się powielać pewne schematy z dzieciństwa, doskonale wiecie o czym mówię.

Trochę czasu zajęło mi odkrycie, że złapał mnie ten schemat w swoje sidła niczym ogromne imadło i dusił powodując emocjonalny bezdech. Dziś mam już pięknie wyostrzone zmysły, z których potrafię korzystać. Ale nie zawsze tak było. Kiedy patrzę wstecz widzę jak wiele razy oddawałam ster mojej małej wewnętrznej dziewczynce, która gubiła się przy pierwszym lepszym skrzyżowaniu nie wiedząc, która z dróg jest właściwa.

Wściekałam się na nią, że jest taka nieporadna, naiwna i łatwowierna. Pouczałam, że daje się wkręcić jak mało kto. Karciłam ją, ganiłam i karałam. „Ależ ze mnie idiotka!” – myślałam. Tak wiem, byłam dla siebie okrutna. Która z nas nie była? Chociaż raz. Bo bliżej nam do surowości niż łagodności. Zwłaszcza jeśli tej łagodności nikt nas nie nauczył. Ale nie wszystko jeszcze stracone. Nigdy nie jest za późno, by zająć się sobą. Z miłością, z życzliwością, z troską i wielką radością.

Bądźmy dla siebie dobre dziewczyny!
Nie tylko na wiosnę.

(Visited 159 times, 1 visits today)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *